Logo serwisu Towarzystwa Eksploracyjnego
Strona główna
O Towarzystwie
Program spotkań TE
Relacje ze spotkań TE
Relacje z wypraw
Relacja specjalna na 25-lecie TE
Dyskusyjne forum globtroterów
Informacje wydawnicze
Galeria zdjęć
Ciekawe adresy internetowe
Skrzynka pocztowa
Archiwum

Link - www.linia.pl

Relacja specjalna na 25-lecie TE

Wojciech Dąbrowski
1 Liverpool Street, Paddington
2021 NSW, Australia



Sydney, 26 maja 2000 r.

Gratulacje i zarys tła

     Gratulacje dla Członków, dla Prezesa, dla Zarządu w związku z 25. rocznicą powstania Towarzystwa. Wiele wody upłynęło w Nilu i Amu Darii przez czas istnienia naszego Zrzeszenia. Wiele się też zmieniło w Kraju. Towarzystwo, dzięki Waszemu entuzjazmowi, pracy i trwałości uczuć, stało się zacną i znaną Instytucją. Tylko patrzeć, jak się stanie też i zamożną poprzez komercjalizację swoich ekspertyz a la Samotna Planeta (Lonely Planet) - znana i prosperująca firma publicystyczna, która zaczęła działać jak my, udzielając rad podróżującym do Azji i Afryki. My byliśmy kiedyś "Samotnym Towarzystwem" na Samotnej Planecie. Byliśmy bodaj pierwszą organizacją niezależną, nie powołaną oficjalnym dekretem, ale spontanicznie stworzoną poprzez naszą inicjatywę. Byliśmy prekursorem wolnych zrzeszeń obywateli, które pełnią tak ważną rolę w samoogranizacji społeczeństwa. Jak każda nowa forma organizacji bazowaliśmy na poprzednich doświadczeniach. Byliśmy przygotowani do stworzenia i prowadzenia niezależnego Towarzystwa poprzez różne nasze wcześniejsze podróżnicze dokonania, poprzez doświadczenia w zdobywaniu poparcia rzeczowo-finansowego dla naszych podróży.
     Byliśmy dalekowzroczni. Byliśmy prekursorami zdobywania poparcia "sponsorów" - wielce dziś respektowanej, jak słyszałem, i ważnej umiejętności!! Było to możliwe dzięki dużej liczbie talentów wśród nas. Mieliśmy ekspertyzę merytoryczną, jaką zdobyliśmy na studiach i kapitał kulturowy wyniesiony ze środowiska studencko-inteligenckiego. Kol. Sokołowski konsultował geografię, Anula Krasnowolska z Krakowa tworzyła słownik farsi, kol.kol. Krzemień i Kurkiewicz komponowali listy urzędowe po polsku i rosyjsku: "Zwracamy się z prośbą do waszej firmy/organizacji o udzielenie wszechstronnego poparcia członkom Naszego Towarzystwa i okazicielom niniejszego pisma/bumagi…". Była nam wszystkim znana na pamięć formuła, której używaliśmy czy to występując o patelnie, czy to o wołowinę w sosie własnym, czy też o miejscówki na trasie Moskwa - Termez.
     Przygotowanie do założenia i prowadzenia Towarzystwa zdobywaliśmy albo wielkim wysiłkiem działając w pojedynkę bez szerszego wsparcia towarzysko-organizacyjnego lub w wyspecjalizowanych klubach, jak Klub Wysokogórski, lub w organizowaniu wypraw naukowych, jak Wyprawa Akademicka do Afryki wspierana przez Studium Afrykanistyczne przy UW. Samotne Towarzystwo na firmamencie organizacyjnym Polski, samorządne i odpowiedzialne jedynie przed własnymi członkami, zrzeszające ludzi o wielu zainteresowaniach, różnym wykształceniu i różnych zawodach, było novum na ówczesne czasy. Łączyła nas tęsknota za innym światem, innym życiem niż to w zasięgu ręki. A jak lepiej wyrazić tę tęsknotę niż poprzez wizje nieswojskich krajobrazów, gorących klimatów i budzących niedowierzanie obyczajów?

     Dalekie krainy od wieków inspirowały myśl i sztukę, prowokując zmiany w sposobie widzenia samego siebie i własnego świata. Nowatorskie ruchy artystyczne Europy zapożyczały formy sztuki afrykańskiej, azjatyckiej i południowych mórz, by wyrazić i interpretować modernistyczne zmiany zachodzące w XX wieku. Ich sztuka z kolei prowadziła do zmian wzbogacając wyobraźnię odbiorców przez sugerowanie ledwo przeczuwalnych możliwości bycia innym niż dotychczas i widzenia innego niż dotychczas życia. Dla nas wizja tropików była wtedy sugestią bycia innym człowiekiem, była świadomym sabotażem dość powszechnej apatii, milczącego przekonania, że nic niespodziewanego, kolorowego, "wręcz-nie-do-wiary" nie może się nam w życiu przytrafić. Zachęcała do śmiałości i sięgania dużo dalej niż sięgał wzrok. Cóż mogło być granicą fantazji i oczekiwań po tym jak dojeżdżając o własnych siłach do Cejlonu, Chin czy Środkowej Afryki, dojeżdżało się do granic własnych wyobraźni o tym jak można żyć. Następną granicą było już tylko przedpole własnej jaźni i przeczucie obowiązku uczestniczenia we wspólnym człowieczeństwie, gdziekolwiek przyszłoby go dopełniać. Przeczucie obowiązku dotarcia do granic własnego potencjału. Ta granica nie zostanie łatwo osiągnięta, bo nie można opłynąć się ani żaglowcem, ani objechać się w 80 dni. Nie zdziwiłbym się, gdyby podróże w głąb własnej jaźni stały się nową pod-sekcją Towarzystwa, która wraz z sekcją kosmiczną obok "tradycyjnej" sekcji tropikalnej będą świętować następnym razem okrągłą 50. rocznicę.

     Przeglądając dzisiejsza prasę widać, że podróże do egzotycznych krajów stały się popularne. Oferty turystyczne wymieniają jednym tchem miejsca, których myśmy przed laty szukali na mapie wyobrażając sobie ich smak i koloryt. Dla wielu z Członków to właśnie te lata, w których Towarzystwo powstawało, jawią się jako prawdziwa egzotyka. Mogą teraz dojechać do krańców świata, ale muszą się zdawać na opowiadania takich jak my jak to było w krainie lat 70., kiedy powstawało Towarzystwo. Historią jest przecież wyprawa w nieznane światy...
     Korzystając z rocznicowej okazji wrócę wiec wspomnieniami w ten okres sprzed 25 lat. Dla niektórych Członków będzie to wyprawa w dobrze znane rejony, do których wizyty niemalże napawają nas nostalgicznymi myślami. Dla niektórych z młodych Członków będzie to wyprawa w nieznane. Do jakiego stopnia rozpoznają kontury tamtej krainy z ich własnym doświadczeniem z życia we współczesnej Polsce, będzie wyznacznikiem zmian, jakie się dokonały.
     To były lata siedemdziesiąte. Było to po tragedii grudniowej na Wybrzeżu. Odczuwało się różnice w porównaniu ze stagnacją postaw i natężało się oczekiwanie Zmiany. Słowa mają moc. Są często jedyną siłą słabych. Tu leżała nasza szansa. Kto wymyślił lub podchwycił szybko slogan odpowiadający nowym oczekiwaniom i aspiracjom, ten mógł zaistnieć, mógł się narzucić ze swoimi wizjami. Stare hasła, niedawno mające zwolenników, zbierały w samotności kurz. Nikogo już nie interesowało, czy socjalizm jest czy nie jest młodością i przyszłością świata. Nawiązywanie do patriotyzmu stawało się znowu modne. "Wprowadzić Polskę na mapę świata" było na czasie sloganem, w którego imieniu można było co nieco zyskać. Na tę mapę wprowadzali Kraj naukowcy, wynalazcy, zdobywcy gór. Hasło: "Polak potrafi!" miało budować wiarę we własne siły w konkurencji z bardziej zaawansowanymi gospodarczo-kulturalnie nacjami. Chytre nawiązanie do ludowej mądrości "Uczyć się choć od diabła" stwarzało ochronę przed nacjonalistyczno-zaściankowym zadufaniem: "My się od nikogo uczyć nie musimy". Dla nas to była okazja przemycenia w tej atmosferze własnego pomysłu. Umieszczamy Polskę na mapie świata poprzez umieszczanie wpierw samych siebie w tym świecie. Jeśli można by tego dokonać z błogosławieństwem ówczesnej władzy, z wykorzystaniem różnych cenowych anomalii, jakie stwarzała możliwość używania krajowych i radzieckich samolotów i kolei, wsparcia w sprzęcie od jego producentów i entuzjastycznego poparcia prasy i społeczeństwa, to tym lepiej.
     Oczywiście, żeby zasłużyć sobie na takie wsparcie, żeby wejść do świata społecznej fantazji, trzeba było jechać albo żeglować daleko (za ósmą górę, za ósme morze) albo wchodzić na wysokie góry (sięgające nieba) z domniemanym narażeniem zdrowia, a nawet życia. Tylko w takim wypadku było się reprezentantem narodowej dumy i marzenia, żeby być traktowanym jak obywatele "normalnych" zachodnich społeczności, którzy mogą jeździć gdzie im fantazja nakazywała. Od nas oczekiwano, by jeździć w jak najdalsze zakątki, trudno dostępne i "dziwne". Egzotyczność takich miejsc dobrze korespondowała z odczuciem naszego romantycznego charakteru narodowego i sugerowała, że poprzez jakieś szczególne cechy jesteśmy zdolni sięgnąć wyżej i dalej niż obcokrajowcy. To nie miała być turystyka. To miały być wyczyny!!
     "O Jezu, i pan się nie boi...?" słyszało się na co dzień w kontekście planowanych wypraw. Odpowiadało się: "No nie, nie boję się" (zawadiacko) lub "No, trochę boję się" (tak uwodzicielsko), w zależności od sytuacji i osobistego stylu.
     Nazwiska organizatorów wypraw wysokogórskich i akademicko-naukowych Andrzeja Zawady, Marka Bogatka czy Krzysztofa Baranowskiego były wówczas powszechnie znane. Prasa o nich pisała, mówiło się o nich w środowiskach studenckich. Uczestnicy tych specjalistyczno-wyczynowych przedsięwzięć byli tymi szczęśliwcami, którzy jako chyba pierwsi ze swego pokolenia angażowali się w czyny, które przynosiły zarówno osobistą satysfakcję, życiowe wyzwanie, a jednocześnie były w zgodzie z ówczesna polityką i powszechnym odczuciem sukcesu.
     Nam było w to graj! Czy może być coś radośniejszego niż wyruszanie w nieznane choć wyśnione, w warunkach względnego komfortu zabezpieczonego technicznym i finansowym wsparciem. Uskrzydlonym poczuciem, że własne marzenia o egzotycznych krajach są dokonywane nie tylko na własny rachunek, ale i w imieniu drugich, z którymi się identyfikowaliśmy. Aż trudno było uwierzyć, że coś, co tak było nam w smak, było też legalne i powszechnie popierane. Co więcej, ponieważ mając dwadzieścia kilka lat ma się poczucie nieśmiertelności, rzadko kto z nas miał wrażenie rzeczywistego raczej niż symbolicznego poświęcenia w obliczu podróżniczego niebezpieczeństwa, które pewnie to tu, to tam czyhało. Rzadko które z nas było w obliczu dylematu: kariera czy podróże. Urzędy i instytuty nas wówczas zatrudniające były przeważnie życzliwe, oferując bezpłatne urlopy. Kto się przejmował wówczas utraconymi gażami. Wiadomo, jeden afgański kożuszek dobrze uplasowany w komisie po powrocie był równy… ale mniejsza o szczegóły.
     Inwestycja w wyjazd okazywała się zwykle popłatna. Przez lata można było wygłaszać pogadanki w szkołach i domach kultury. Oprócz satysfakcji jakieś honorarium też się trafiało. Byliśmy dla wielu Livingstonami, Stanleyami, Stasiem i Nel, których się osobiście znało z miejsca pracy, z podwórka, z prelekcji. Byliśmy jak misjonarze powracający do swych parafii.
     Opowiadaliśmy o naszych podróżach i wszyscy nas słuchali, nikt nie wątpił w słuszność i nasze poświęcenie. Opowiadania budziły wśród słuchaczy i głód przygody, i strach przed tak bardzo odmiennym, i zachwyt nad kolorystyką tamtego życia, i poczucie skrywanej wyższości nad tubylcami mieszkającymi w kurnych chatach pod strzechą, nierzadko dzieląc je ze zwierzętami. Spotykaliśmy się z podziwem zwykle rezerwowanym dla bohaterów. Słuchając naszych opowiadań i wspierając nas w naszych przedsięwzięciach, życzliwi nam ludzie odbywali przez nas wyprawy w świat swych własnych fantazji, często nie mających wiele wspólnego ze światem, o którym chcieliśmy im opowiedzieć.
     Często słyszane: "Tylko niech was tam nie zjedzą w tym Afganistanie", w domniemaniu tubylcy, rekiny czy krokodyle, było wyprawą w egzotykę nieznanego a przeto "dzikiego", w którym ksenofobia, niebezpieczeństwo, odwaga i bojaźń, konsumpcja (zjadanie) i seks mieszały się w wirującą fantazję, dająca wytchnienie od mozołu codzienności.
     "Ale tam straszna bieda!" słyszało się od ludzi, którzy nie wyściubiali nosa spoza własnego rejonu, a w domu im się nie przelewało. Przeważnie staraliśmy się informować, zapraszać na spotkania Towarzystwa, lub jak trzeba było i rozpuszczać propagandę na rzecz piękna i atrakcyjności i cywilizacyjnych walorów miejsc przez nas odwiedzanych. Robiliśmy to spontanicznie, bo szczerze tak myśleliśmy. Robiliśmy to też, by siać wokół siebie uczucia sympatii dla inności, bo tylko wśród takich uczuć mogło się zmienić na lepsze wśród nas.
     My byliśmy we własnych oczach Zamoyskimi z Kórnika, podróżującym po Oceanii, Janem Potockim u Tatarow i Czeczenów, Strzeleckim w Australii, Malinowskim studiującym życie seksualne dzikich na Trobriandach. Czy tak czy owak czuliśmy się dobrze i to napędzało nasz entuzjazm, dodawało sił, sprawiało, że czuliśmy się ważni i dowartościowani, jakbyśmy rzeczywiście, a nie tylko koniunkturalnie, mieli ważny wkład. Niesieni przez sprzyjającą nam falę dziejową, robiąc to, co chcieliśmy robić najbardziej, pokonywaliśmy w krótkim czasie dystanse poczucia sukcesu równe tym, które przebywa się w ciągu całego życia zdając się tylko na własne siły. Wielu pod auspicjami Towarzystwa przeżyło najszczęśliwsze chwile w swoim życiu. Wiele przyjaźni na życie, udanych małżeństw zadzierzgnęło się lub pogłębiło na wyprawach. To duży wkład Towarzystwa, bo sukcesy organizacji mierzy się nie tylko liczbami, choćby jak 25-lecie urodzin, ale ciepłym uczuciem w sercach, jakie imię tej organizacji wywołuje.


Powstanie Towarzystwa i pierwsze inicjatywy

     To było tło dla Towarzystwa. A oto garść jego historii.
     Pomysł Towarzystwa zrodził się w 1973 roku z doświadczeń Palczewskiego, Bogatka i moich. Wróciłem z Pierwszej Akademickiej Wyprawy do Afryki (AWA UW). Palczewski był na kilku wyprawach wysokogórskich w Himalajach i Górach Pamiru. Bogatek miał za sobą organizację wyprawy do Afryki i wiele doświadczeń i głębokich przemyśleń związanych z organizowaniem wypraw. Problem ze specjalistycznymi wyprawami typu sportowo-wyczynowego czy organizacyjnego polegał na tym, że pozostawało się zawsze zależnym od decyzji zarządów, kierownictw, rektoratów uczelnianych i innych niewidzialnych sił. Nawet największy wkład organizacyjny nie zapewniał uczestnictwa, gdy kierownik ekspedycji z jakichś względów naraził się władzom. Tak było w przypadku kol. Bogatka i wola nieznalezienia się powtórnie w pozycji krzywdzonego i stworzenia warunków, w których nikt nie mógłby być w ten sposób krzywdzony, była silnym motorem w kierunku założenia Niezależnego Samorządnego Towarzystwa.
     Chcieliśmy stworzyć organizację, która będzie programowo zajmować się organizowaniem wypraw. O ile UW czy Klub Wysokogórski zajmowały się różnymi inicjatywami, a wyprawy były tylko "kremem na ciastku", o tyle w naszych zamiarach Towarzystwo miało zajmować się organizacją, informowaniem i wspieraniem członków, sympatyków i szerszą publiczność w podróżach do krajów Azji, Afryki, Płd. Ameryki i Oceanii. Mieliśmy też "propagować wkład Polaków w dzieło eksploracji i poznania świata". Rozumieliśmy, że ten statutowy imperatyw może odnosić się do nas samych, współczesnych eksploratorów. Że nie musimy zbytnio koncentrować się na tak znanych postaciach jak Strzelecki, Domeyko czy Emir Rzewuski, tylko możemy sobie stworzyć sami panteon bohaterów, których będziemy studiować pod kątem ich wkładu w dzieło poznania i eksploracji. Tak też się stało. Spotkania powyprawowe zapełniały sale po brzegi i służyły za okazje, by ci, co TAM byli i TO i TAMTO widzieli, otworzyli nam oczy na urodę tych lądów, które odwiedzili.
     Nie chcieliśmy przymilać się do władz różnych klubów i stowarzyszeń, by zezwolili zorganizować nam pod swoim szyldem wyprawę, w której nie mieliśmy zagwarantowanego miejsca. My chcieliśmy stworzyć Towarzystwo, które samo byłoby szyldem gotowym przetrwać rożne odnowy dziejowe. To, że jesteśmy tu i teraz, obchodząc 25. rocznicę powstania, świadczy, że to zadanie bycia trwałą instytucją gotową przetrwać nie tylko meandry historii z jej rożnymi hasłami, ale przetrwać kadencje prezesów, a nawet życie wielu jej członków, zostało spełnione z nawiązką. Ta trwałość organizacji w dobie tak szybkich zmian jest wielkim sukcesem tej pierwotnej inicjatywy i wszystkich członków obecnych i byłych.
     Przyznanie nam szyldu towarzystwa naukowego było ważnym zadaniem. Stąd ta, teraz nam tak droga, ale trochę napuszona nazwa "Towarzystwa Eksploracyjnego", raczej niż coś bardziej swojskiego, jak choćby Klub Włóczęgów. Napisaliśmy odpowiednie oświadczenia i podania, złożyliśmy je w Pałacu Staszica, siedzibie różnych towarzystw naukowych. Towarzystwa naukowe jak Towarzystwo Ornitologów czy Towarzystwo Przyjaciół Ziemi miało pewien status wyższy niż na przykład różnego rodzaju koła zainteresowań, jak Koło Filatelistyczne czy Koło Przyjaciół Ziemi Lubuskiej. Nie mieli w przeciwieństwie do tych pierwszych podmiotowości prawnej i rożnych formalnych praw, które warto było mieć, jeśli się uda. Więc Towarzystwo nasze ubiegało się o status towarzystwa naukowego. Musieliśmy mieć wśród swoich członków kogoś z habilitacją i kol. Skotnicki z Wydziału Geografii zgodził się pełnić funkcję tej naukowej róży przy naszym eksploratorskim kożuchu. Czekając na decyzję parliśmy do przodu z przygotowywaniem różnych podróży i mobilizacją kandydatów na członkostwo. Siedzibę znaleźliśmy w gościnnych progach Domu Kultury na Ochocie, z panią Suską, członkiem Towarzystwa i sekretarką Domu Kultury jako naszym rzecznikiem.

     W tym czasie dostaliśmy wiadomość z Pałacu Staszica, że do zarejestrowania potrzebna nam jest siedziba w centralnej części Warszawy i jeszcze jakieś uzasadnienie wyboru programu. W tym czasie już jednak zadomowiliśmy się na Ochocie i ktoś poradził, żeby to zasiedzenie sformalizować, występując o rejestrację, w Dzielnicowej Radzie jako klub kulturowy z siedzibą w Domu na Ochocie i z poparciem tej siedziby. Więc ponieważ "kultura" jest respektowaną kategorią niemal jak "nauka" i zawsze jednym tchem mawia się, że dana działalność jest społeczno-kulturowa, albo towarzysko-kulturowa, więc nie widzieliśmy powodu, by naszej działalności nie nazwać "naukowo-kulturową". Określiliśmy się jako Towarzystwo Naukowo-Kulturowe z siedzibą w Domu Kultury na Ochocie. Sugerowano w Dzielnicowej Radzie, że jakbyśmy się nazwali Towarzystwo Naukowo-Kulturowe Ochoty, to byśmy mieli lepsze szanse rejestracji, ale oparliśmy się w obawie, że z taką nazwą nie dołożymy wiele wkładu w dzieło eksploracji i poznania świata przez Polaków, choć pewnie dobrze poznamy wszystkie uroki dzielnicy Ochota. Czekaliśmy na rejestrację miesiącami. Aż tu się okazało, że zgodnie ze statutem towarzystw kulturalnych z 1934 roku i nadal obowiązującym w kraju, jeśli rejestracja nie zostanie potwierdzona lub odrzucona w ciągu 3 miesięcy, to należy domniemywać pozytywne załatwienie podania. Dobra nasza!!! To ogromnie dużo! Ale tak naprawdę wiedzieliśmy, że istniejemy od kiedy zaprzyjaźniona graficzka z ASP zaprojektowała nam znak firmowy i naszywki na rękawy ze znakami Towarzystwa Eksploracyjnego. Mając firmówki, nalepki, naszywki byliśmy już pewni siebie. Teraz dodatkowo mogliśmy mieć i pieczątkę. Świat naprawdę należał do nas!
     Palczewski został pierwszym prezesem. W tłumaczeniu na angielski promowało go to na funkcję "Prezydenta". Bardzo to dumnie brzmiało.


Pierwsze wyprawy

     Palczewski wyjeżdżał na wyprawę w Afgański Hindukusz. Ja szykowałem wyprawę wzdłuż środkowego Afganistanu przez Bamian, Bandiamir do Heratu, drogą, którą kiedyś jechał Marko Polo do Chin. Kol. Bogatek zbierał grupę do Indii, Nepalu i na Cejlon. Połączyliśmy siły. Palczewski był nadal firmowany przez Klub Wysokogórski, ja i kol. Bogatek zdawaliśmy się całkowicie na charyzmatyczną siłę naszego nowego Towarzystwa przy występowaniu o różne rzeczowe i organizacyjne wsparcia. Część produktów, jak sprzęt kuchenno-kempingowy, żywność konserwowa, elementy do wytwarzania sprzętu turystycznego, jak rurki aluminiowe do plecaków, załatwiał kol. Palczewski, a część załatwiała moja i Bogatkowa grupa wyprawowa. Część podań była firmowana przez Klub Wysokogórski, a część przez TE.
     Byliśmy pełni sił i optymizmu. Przed żadnym trudem się nie cofaliśmy. Czasem ta euforia graniczyła z brawurą czy lekkomyślnością. Jak mogło być inaczej, skoro na naszych oczach, za naszym staraniem słowo stało się ciałem w postaci Towarzystwa! Wiele naszych przedsięwzięć było jak z popularnej wówczas satyrycznej audycji "60 minut na godzinę", w której między innymi mówiono "jak zrobić łódź podwodną przy pomocy odkurzacza i dobrego kolegi".
     Mnie przypadło zadanie zaopatrzenia wypraw w patelnie i garnki. Ani mi do głowy nie przyszło wtedy rozważać, jak przetransportować koleją i autobusami kilka worków ze sprzętem kuchennym. Wykorzystywałem swoje kontakty z przygotowań do wyprawy afrykańskiej AWA. Spełniałem przy okazji poczynione obietnice w fabryce garnków i patelni w Zgorzelcu, że po powrocie z Afryki nawiążę kontakt i zdam relację z użyteczności sprzętu w warunkach tropikalnych. Nie bardzo wiedziałem, czy moja umowa, że prześlę sprawozdanie z użyteczności zgorzeleckich patelni w temperaturach tropikalnych, była całkiem serio podejmowana przez obie strony, czy pół żartem. Niemniej wziąłem ze sobą zachowane i osmolone na czarno patelnie, żeby zgodnie z obietnicą daną kilka lat wcześniej dostarczyć je do miejscowego przyfabrycznego muzeum. Miałem też pobrać nowy komplet patelni, które szczodrze przydzieliła nam dyrekcja. Na miejscu zostałem przyjęty jak stary znajomy. Śmiechom i dowcipom na temat jak te patelnie zostały tak zaczernione na Czarnym Kontynencie nie było końca. Pytany byłem o to, co jedliśmy, co smażyliśmy na tych patelniach i musiałem zatajać, że patelnia głównie zaznała wołowiny w sosie własnym, a nie kotletów z hipopotama i befsztyków z dzikich bawołów, jak tego oczekiwano ode mnie. Wracałem żegnany uśmiechami i życzeniami: "Żeby was tylko tam nie zjedli", co w kontekście obładowania rożnymi rodzajami patelni o najnowszej non-sticking technologii miało w sobie jakąś zalotność. Po drodze w pociągu byłem stale zapytywany przez pasażerów, dokąd ja wiozę te patelnie i czy bym je na pniu nie sprzedał. Ktoś się nawet dopytywał, skąd pochodzi mój tabor, nawiązując prawdopodobnie do tradycyjnej asocjacji patelni z rodem cygańskim. Oparłem się pokusie odsprzedania z połowy towaru i ulżenia sobie trudu dźwigania. Nie mogłem sobie odmówić widoku radości koleżeństwa, gdy przychodzę do Siedziby z tym worem pełnym błyszczących garnków. Na taki widok na pewno uwierzą, że wyprawa wyruszy i to wkrótce.
     Palczewski rozchorował się w dniu wyjazdu po puszki z Baltony. Zwrócił się więc do kol. Dydyńskiego, jedynego wśród nas posiadacza samochodu osobowego, czy mógłby przyjść z pomocą i przywieźć te puszki z Gdyni do Warszawy. Kol. Palczewski ocenił Mini Minora Dydyńskiego jako idealny wehikuł dla tego przedsięwzięcia. Skrupulatny Dydyński przestudiował faktury, przeliczył na suwaku kieszonkowym i doliczył się, że towar waży ponad tonę i trzeba by Stara na takie zadanie. Kol. Palczewski utrzymywał, że zawsze te same ilości przywoził w kilku workach transportowanych przez niego miejską komunikacją i siecią kolei państwowych. W końcu sam pojechał i przywiózł w tych workach takie ilości puszek, że zasypać nimi można by Mini Minora po dach. W jakiś sposób przewiózł je tramwajami i pociągiem, zdobywając się na niebotyczny wysiłek, tak jak ja z patelniami. Potem czytaliśmy doniesienia: 6-tonowy Star z trudem przejechał przez 2-tonowy most pod Teheranem. Na pewno nie mieli przy sobie suwaka kieszonkowego, takiego jak kol. Dydyński.
     W końcu ruszyła i moja wyprawa.
     Zainspirowany dokonaniami kol. Palczewskiego pojechałem koleją do Moskwy ze skrzyniami tarasującymi pół korytarza pociągu expressowego. Był ze mną kol. Staszek Krasnowolski. Z dworca na dworzec przejechaliśmy zatrzymaną na ulicy ciężarówką. Na zatłoczonym dworcu, z którego odchodziły pociągi dalekobieżne na Wschód, zgłosiliśmy się do zawiadowcy dworca, wymachując pismem, które czerwonymi czcionkami nakazywało czytelnikowi udzielenia wszelkiej pomocy okazicielom. Występowaliśmy tu jako młodzi eksploratorzy z "Polszy", sponsorowani przez ZMS. Trochę się nawet czułem nieswojo, jak ze skrzyniami eskortowano nas uprzejmie do odpowiednich wagonów, zanim jeszcze zostały one otwarte dla pozostałych pasażerów, wielu z nich czekających dniami na miejscówki. Urzędnicy, tak jak w Polsce, odnosili się do nas bardzo życzliwie. Też wspominano o ogromnej biedzie, jaka nas będzie oczekiwać w Afganistanie i jedynie zapewnienie, że robimy to dla "nauki", wzbudzało zrozumienie dla naszego domniemanego heroizmu. Na protesty jednego z odważniejszych, dlaczego się nas tak faworyzuje, towarzysząca nam urzędniczka warknęła, że jesteśmy "exploratory" i dlatego. "A czto to takoje exploratory?" - dopytywał się wątpiący Tomasz. "Ty nie znajesz, czto to exploratory? durak, nie słyszał o Mikluhu Makaiu?" - odparła. To z jakiegoś powodu usatysfakcjonwało ciekawość dociekliwego pasażera. Wręczyliśmy przewodniczce pudełeczka z cieniem do oczu i żuwaczkę dla dzieci. Rozstaliśmy się w uśmiechach i wzajemnych życzeniach "szczastia".
     Podroż trwała trzy dni i noce. Po drodze młodzi ludzie z gitarami śpiewali nam piosenkę Wysockiego o Mikluhu i "Poczemu aborygeny sjeli Cooka?" Wśród radzieckich pasażerów, tak jak i w Kraju, cała Azja poza granicami Związku wyglądała jak jedna kategoria, w stosunku do której miało się ujednoliconą postawę bez względu na to, czy to miał być Afganistan czy Cejlon. Trochę tak jak cała ówczesna Europa Wschodnia jawiła się, dla wielu ludzi na Zachodzie, jako jedno duże skupisko podobnych sobie ludzi, o których mało się wie i jeszcze mniej chce się wiedzieć. Będąc bez indywidualności można było wpisywać w kategorie "Orientu" to, co się samemu chciało w nim widzieć. Im mniej wyrazisty obraz tego Orientu, tym łatwiej w niego wpisywać swe uprzedzenia, fobie, fantazje.
     W Termezie, mieście przygranicznym nad wielką rzeka Amu Darią byliśmy zaczepiani co krok przez kobiety proszące nas o to, byśmy przywieźli z Afganistanu pewien rodzaj satyny używany na suknie ślubne. Bez tej satyny wesele nie będzie miało odpowiedniego splendoru. "Małżeństwo jest trudną instytucją", informowały nas doświadczone kobiety, "jak się nie da mu odpowiedniego kick-startu, w postaci dobrego wesela, to daleko się z nim nie zajedzie". Wierzyliśmy ich słowom i przywieźliśmy satynę w drodze powrotnej.
     Reszta uczestników wyprawy: Ala Świeżyńska, Anka Bohdziewicz, Stefan Opalski, Krzysztof Bystram, Edward Krzemień i Anula, żona Staszka, przylecieli samolotem do Termezu. Przez rzekę przepłynęliśmy promem, zaopatrującym radzieckich geologów po stronie afgańskiej. Z granicy dojechaliśmy do Mazar-i-Sharifu ciężarówką. Zapłaciliśmy kierowcy piżamą. Piżamy męskie dwuczęściowe były popularnym strojem popołudniowo-wieczorowym Afganów. Wygodnie się siedziało w piżamach w czajhanach popijając herbatę. Cień do oczu, kokosal jako ceniony szampon, sztruksowe dżinsy wymienialiśmy ku obopólnemu zadowoleniu na miejscowe usługi. W Mazar-i-Szarifie spotkaliśmy Akrama, właściciela ciężarówki i razem pojechaliśmy na dwuipółmiesięczną wyprawę przez Kabul do Bamianu, Bandiamiru i przez przełęcze Hindukuszu do Heratu. Alka kręciła film, pokazywany później w TV. Stary Ził Akrama nie mógł wjechać na co bardziej strome góry. Przywykły do improwizacji Akram wrzucał pierwszy bieg na wyciśniętym sprzęgle, po czym puszczał gwałtownie sprzęgło. Samochód skakał pół metra do przodu, po czym milkł. Myśmy w tym czasie podkładali klocki pod tylne koła, bo hamulce nie działały. W ten sposób w kilka, kilkanaście godzin mogliśmy zajechać na każdy szczyt. Z góry na dół było jeszcze trudniej bez hamulców, ale to już zostawiam na inne opowiadanie. Dużo ludzi oglądało nasz film w telewizji. W Bamianie jest wykuty w skale pomnik Buddy z 3 stulecia p.n.e. W Bandiamirze są piękne formacje skalne o pionowych ścianach, utrzymujące w środku pustyni wodę niczym wielkie balie. "Aleście skakali tym grzechotem, jak króliki po łące" - no gratuluję - słyszałem po pokazie telewizyjnym z wielu ust. Ktoś na filmie dostrzegł wielbłąda jedzącego sizalowa linę i współczuł jego losowi, ktoś niedożywione dziecko, ktoś się dziwił ludziom ubranym na ulicach w piżamy, ktoś nam współczuł zmagania z Ziłem pod górę. Mieszane wrażenia. Żadne z nich nie oddawało naszych odczuć radości i wielkiego przywileju, że mogliśmy uczestniczyć w tym festiwalu inności. Każda uwaga i opinia wydawała nam się częściową i chybiającą sedna charakteru krajów, które odwiedzaliśmy. Ich kolorytu, zapachu, smaku różnych improwizacji do których trzeba było się stale uciekać, by trwać i posuwać się naprzód.
     Sprawiało nam trudność, jak po powrocie przekazywać te doświadczenia w czytelny sposób dla tych, którzy tam nie byli. Na wielu powyprawowych prelekcjach na pytanie jak naprawdę wygląda Afganistan czy Indie kusiło mnie, by sparafrazować odpowiedź Luisa Armstronga na pytanie, co to jest jazz. Armstrong miał odpowiedzieć: jeśli pan pyta, co to jest jazz, to znaczy że nigdy pan nie będzie wiedzieć, co to jest jazz. Czy pytający naprawdę chcą wiedzieć, jak wyglądają tamte kraje, czy chcą potwierdzania własnych wyobrażeń kształtowanych na użytek wsparcia się we własnym wyobrażeniu? Opierałem się pokusie i opowiadałem jak mogłem najlepiej i najdokładniej. Bo przynoszenie wiadomości z dalekiego świata, opowiadanie ich z przejęciem i zachwytem i uczuciem wielkiego przywileju, że dane nam było być tymi pośrednikami miedzy tym co widzieliśmy tam i odczuwaliśmy, a tym co sobie ludzie wyobrażali i co wpisywali w obraz Orientu, było nie tylko naszym obowiązkiem ale i misją. W wielonarodowym i wieloetnicznym świecie, w jakim żyjemy, nie wystarcza być tolerancyjnym na odmienność, że już nie wspomnę o niekonstruktywnej niechęci. Żeby dobrze uczestniczyć we współczesnym świecie, żeby właściwie interpretować wydarzenia, żeby nie czuć się zagubionym w mnogości informacji, trzeba mieć postawę aktywnie i życzliwie wychodzącą ku odmienności czy to kulturowej, czy etnicznej, czy religijnej. Widzieć w niej bogactwo świata i możliwości dobrego w nim życia dla siebie, a nie zagrożenie czy powód do nieufności.
     To że jako członkowie Towarzystwa przyczynialiśmy się do akceptacji inności na jej własnych, a nie wymyślonych warunkach, poprzez dawanie świadectwa swoimi z pierwszej ręki opowiadaniami jest naszym wkładem w rozwój polskiej kultury, naszą osobistą satysfakcją i sukcesem, za który proponuję wznieść Toast.

Wojciech Dąbrowski


 KOMUNIKATY
Już wkrótce kilka kolejnych serwisów zapraszamy do ich odwiedzania. Twoja linia.pl
 
Serwisy linia

Kliknij tu,

żeby otworzyć okienko nawigacyjne do innych serwisów





Powrót na górę   © 2001 Usługi Komputerowe s.c. & Zbigniew Bochenek                     Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved