Logo serwisu Towarzystwa Eksploracyjnego
Strona główna
O Towarzystwie
Program spotkań TE
Relacje ze spotkań TE
Relacje z wypraw
Relacja specjalna na 25-lecie TE
Dyskusyjne forum globtroterów
Informacje wydawnicze
Galeria zdjęć
Ciekawe adresy internetowe
Skrzynka pocztowa
Archiwum

Link - www.linia.pl

Relacje ze spotkań TE
Poprzednie spotkania:
Birma i Laos
Chiny okiem turysty
Samotnie z plecakiem przez Afrykę cz. II
więcej...

Dhow przy pełnym wietrze
     Tanzania była 12 krajem na naszym afrykańskim szlaku. Większość zna ją z opowieści o safari lub zdobywaniu Kilimandżaro. Rzadziej z Tanzanią kojarzony jest Zanzibar - gorąca wyspa przypraw. Oprócz tych niewątpliwych atrakcji turystycznych kraj oferuje jeszcze wiele innych, mniej "uturystycznionych", a również ciekawych miejsc do odwiedzenia.

     Zaczęliśmy od południa, wjeżdżając busem z Malawi. Po pobycie w leniwym miasteczku Kyela przejechaliśmy w jeden dzień 1000 km do Dar es-Salam. Niezła asfaltowa droga wiodła przez herbaciane wzgórza okolic Mbeyi, następnie serpentynami przez zieloną dolinę rzeki Ruaha i góry Udzungwa. Po drodze mieliśmy darmowe zwiedzanie parku Mikumi, gdzie podczas kilkudziesięciu kilometrów przejazdu można zobaczyć wiele dzikich zwierząt (a można je obejrzeć dość dokładnie, gdyż progi zwalniające skutecznie chłodzą temperament kierowców autobusów). Z rolniczych terenów uprawnych przed Dar największe wrażenie robiły bezkresne pola ananasów i aloesów.

Mieszkańcy przybrzeżnych wód Unguji

     Dar es-Salam, była stolica kraju i największe miasto, oferuje podróżnemu, w odróżnieniu od np. niedalekich Nairobi czy Mombasy, dość spokojną i bezpieczną atmosferę centrum. Mimo tego, że w Tanzanii praktycznie nie występuje coś znanego z ulic Europy i Ameryki: oświetlenie uliczne. Ulice w przeważającej większości przypadków oświetlone są przez prywatne neony lub przydomowe lampy.

     Ponieważ zbliżał się sylwester 2001 roku, postanowiliśmy spędzić go w sielskiej atmosferze wyspy Unguja. Na Zanzibar - bo to o nim mowa - dotarliśmy promem. Po zakwaterowaniu się w jednym z tanich hotelików w Nungwi na północy wyspy, z szampanem w ręku udaliśmy na plażę świętować nadejście Nowego Roku. Dzięki awarii prądu przez dużą część wieczoru jedynym oświetleniem było ognisko na plaży oraz światło księżyca.

     Oprócz możliwości leżenia na plaży (co niezbyt lubimy) wyspa oferuje wiele atrakcji: nurkowanie na rafie czy po prostu przybrzeżne pływanie z maską, zwiedzanie farmy przypraw, pływanie w morzu z delfinami albo odwiedziny kilku mniejszych idyllicznych wysepek z rezerwatem żółwi seszelskich na czele.

Kokosowy raj

     Po całym dniu wytchnienie znaleźć możemy w cichych i wąskich zaułkach starówki Zanzibar Town - stolicy wyspy - zbudowanej w tradycyjnym arabskim stylu medyny.

     Po kilku dniach małego lenistwa - takich "wakacji od wakacji" - powróciliśmy na kontynent i pojechaliśmy na północ kraju. Na Kilimandżaro nie zamierzaliśmy wchodzić z powodów m.in. finansowych i zbytniego uturystycznienia, a właściwie "przeturystycznienia" tej góry. W okolicach Moshi i Marangu udało nam się zwiedzić kilka ciekawych tradycyjnych zagród np. plemienia Choge.

     Odwiedzając wioskę masajską Longido mieliśmy możliwość całodziennego podglądania codziennego życia jej mieszkańców. Towarzyszył nam przewodnik, który cierpliwie wtajemniczał nas w arkana masajskiego życia, pokazując np. z którego drzewa zrobić szczoteczkę do zębów. W wiosce odbywa się targ bydła dający możliwość obejrzenia i - co dla europejskiego turysty ważne - sfotografowania wielu Masajów. Wszystko to można zrealizować za kilka dolarów w ramach programu turystycznego prowadzonego przez wioskę. Dochód przeznaczany jest na
Typowe dla Zanzibaru drzwi "suahili"
inwestycje w wiosce. Dzięki temu zbudowano np. szkołę i myjnię (sic!) dla krów. A w zamian mamy praktycznie nielimitowany dostęp do migawki aparatu, co w większości innych osiedli masajskich bardzo uszczupliłoby nasz portfel.

     W Arushy dowiedzieliśmy się, że jednak uzyskaliśmy zniżkę do parku Gombe, o którą staraliśmy się od miesiąca w dyrekcji parków narodowych. Park leży nad jeziorem Tanganika. W związku z tym musieliśmy zmienić nasze plany. Wykupując 3-dniowe safari przejechaliśmy przez pełne dzikiego zwierza Ngorongoro i Serengeti do jeziora Wiktorii. Stąd pociągiem przez dwie doby z przesiadką w Taborze podróżowaliśmy nad Tanganikę. Ta podróż dała nam możliwość dłuższego obcowania z typowymi afrykańskimi miasteczkami leżącymi nieco na uboczu od turystycznych szlaków. Dłuższego, gdyż mieliśmy do dyspozycji po dosłownie całym dniu na Mwanzę i Taborę. Po prostu pociąg kursuje tylko w nocy. Sprawdziliśmy dokładnie ofertę Tanzanian Railways. Druga klasa jest całkiem, całkiem. Rozmieszczeniem miejsc przypomina nasz wagon bezprzedziałowy z ekspresu. W trzeciej jest już "normalnie" tłoczno i ciasno, bo po pięć miejsc w rzędzie.

     Gdy o świcie pociąg wtoczył się wreszcie na dworzec w Kigomie żywcem przeniesiony z
Kili widziane z Moshi
jakiegoś południowego niemieckiego landu, od gór Konga oddzielały nas już tylko wody Tanganiki. Totalnie zatłoczonym tramwajem wodnym z atmosferą wędzonej ryby i zepsutej zupy rybnej osiągnęliśmy Gombe. Dzięki wspaniałej życzliwości i pomocy naszej badaczki szympansów - Magdy Łukasik - spędziliśmy dwa cudowne dni w szympansim raju badanym przez fundację Jane Goodall. Pięknych i obfitych opowieści o życiu naszych genealogicznych braci nigdy nie zapomnimy.

     Będąc w okolicach Kigomy nie sposób nie odwiedzić rybackiej osady Ujiji i sławnego miejsca pod dwoma mangowcami, gdzie przez dziennikarza Stanleya wypowiedziane zostały jedne z
Masaj z Longido
najbardziej znanych słów w historii odkrywania Afryki: "Dr Livingstone, I presume".

     Stąd, przez zielony, ale surowy busz wnętrza kraju, tym razem pierwszą klasą trans-tanzańskiej kolei z czasów niemieckiego panowania podążyliśmy znów w kierunku wschodnim. Po drodze jeszcze stolica kraju Dodoma, do której jeśli się nie ma żadnego konkretnego celu (my łapaliśmy autobus do Arushy, który co ciekawe jedzie naokoło przez Morogoro i Moshi, gdyż krótsza trasa jest nie do pokonania w jeden dzień), lepiej raczej nie zajeżdżać.

     I tak przez perypetie ze zniżkowym biletem do Gombe dane nam było spędzić ponad miesiąc w tym ciekawym i różnorodnym kraju. Z Arushy udaliśmy się na północ do Kenii, aby po pięciu miesiącach włóczęgi przez Afrykę wrócić na naszą półkulę.



 KOMUNIKATY
Już wkrótce kilka kolejnych serwisów zapraszamy do ich odwiedzania. Twoja linia.pl
 
Serwisy linia

Kliknij tu,

żeby otworzyć okienko nawigacyjne do innych serwisów





Powrót na górę   © 2004 Usługi Komputerowe s.c. & Zbigniew Bochenek                     Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved