Logo serwisu Towarzystwa Eksploracyjnego
Strona główna
O Towarzystwie
Program spotkań TE
Relacje ze spotkań TE
Relacje z wypraw
Relacja specjalna na 25-lecie TE
Dyskusyjne forum globtroterów
Informacje wydawnicze
Galeria zdjęć
Ciekawe adresy internetowe
Skrzynka pocztowa
Archiwum

Link - www.linia.pl

Relacje ze spotkań TE
Poprzednie spotkania:
Nepal 2000
Korea Południowa - dachy, świątynie, kimchi
Afryka Zachodnia - ludzie i miejsca
więcej...
W centrum Kampali

     Po jedenastu godzinach lotu z przesiadką w Amsterdamie i Nairobi dotarliśmy samolotem linii Kenia Airways do Entebbe. Odcinek Nairobi - Entebbe pokonywaliśmy z pięknymi widokami na Mount Kenia i Wielki Rów Afrykański, a potem bardzo rozległe wody jeziora Wiktoria.

     Z Entebbe do stolicy Ugandy - Kampali pojechaliśmy zatłoczonym, ale wesołym matatu, czyli mikrobusem. Mieszkańcy Ugandy zaskakują bardzo ciemną karnacją, to chyba najczarniejsi ludzie na świecie. Mówią językiem Buganda, ale praktycznie wszyscy znają angielski.

Dzieci z murzyńskiej wioski

     Kampala bardzo przypomina nam miasta indyjskie, tylko po zamianie ludności na Murzynów, po eliminacji krów i zamianie muzyki bazarowej na skoczną afrykańską. Są piękne kwiaty i wszędzie zielono, a ziemia w kolorze ceglano-czerwonym. Nad głowami czasami krążą marabuty. Kampala leży na wzgórzach, jak San Francisco, wszystkie ulice są albo w górę albo w dół, albo okrężne wzdłuż poziomicy. Jechaliśmy raz na dwa bodo-bodo, tj. taksówkami-motocyklami. Taki pojazd zabiera jednego pasażera. Wspaniała przygoda. Ludzie w Kampali się w ogóle nie narzucają, tylko raz spotkaliśmy żebraka przez cały dzień. Gdy zapytamy o drogę, chętnie pomagają i zawsze bezinteresownie, przy tym znają angielski, więc jest łatwo pomimo braku tabliczek z nazwami ulic itp.

     Z Kampali pojechaliśmy autobusem na wschód, do miasteczka Mbale. Widać już z niego masyw wielkiego, starego wulkanu Mt Elgon, który wznosi się ponad 3000 metrów ponad równinę płaskowyżu Wschodnioafrykańskiego. W Mbale wsiedliśmy do 14-osobowego matatu, które okazało się naszym rekordem, gdyż zmieściło się w nim 26 osób, a także nasze plecaki. Nadmieńmy tylko, że nie było nic na
Kameleon
dachu, tylna klapa domknęła się, a 25 z 26 osób było w całości w środku (tylko jeden pasażer wystawał połową ciała przez okno). Oczywiście 24 z tych pasażerów to Murzyni. Tak przejechaliśmy ponad 30 km do wioski Budadiri, gdzie w biurze parku narodowego Mt Elgon zgłosiliśmy chęć rozpoczęcia trekkingu już nazajutrz.

     Rano stawiliśmy się w biurze parku, a tam czekał na nas przewodnik z kałasznikowem oraz jeden tragarz. Tragarz zabrał plecak Iwonki doładowany dodatkowo większością sprzętu z plecaka Jurka. Pierwszego dnia wędrowaliśmy tzw. ścieżką Sasa długo przez wioski robiąc dużo zdjęć. Ludzie bardzo życzliwi, chętni do fotografii, wręcz czasem nalegający, aby fotografować ich bambusowo-gliniane chatki. Dzieci często krzyczą "How are you, Mzungu", a w Ugandzie mzungu znaczy "białas" w wymiarze pozytywnym. Pierwszy nocleg wypadł na biwaku w lesie deszczowym, 2850 m. Drugiego dnia wyszliśmy na hale, trochę podobne do Bieszczadów, ale porośnięte
Na trasie na wulkan Mt. Elgon
dziwacznymi lobeliami i starcami. Następny nocleg spędziliśmy na biwaku w lesie wrzosowym 3500 m, czyli wśród wrzosów kilkumetrowej wysokości. Trzeciego dnia wymarsz przed wschodem słońca i przy pięknej, bezchmurnej pogodzie dotarliśmy na szczyt Wagagai (4321 m), najwyższy szczyt Mt Elgon. Jest to niezwykłe miejsce, gdyż krater Mt Elgon ma 8 km średnicy, więc jest największym na świecie kraterem wulkanicznym po dużo niższym i mniej spektakularnym, choć szerszym kraterze Ngorongoro.

     Krater Mt Elgon to niecka na wysokości ok. 3800 m otoczona łańcuszkiem szczytów o przewyższeniu ok. 500 m.
"Las" starców
We wnętrzu krateru rosną przedziwne rośliny, jest trochę bagien i wygląda to zupełnie nieziemsko. Widzieliśmy tu kilka razy niewielkie górskie antylopy, a czasami można podobno spotkać bawoła.

     Kolejny dzień to wędrówka inną ścieżką, tzw. Sipi trail, najpierw do wnętrza krateru, a później w dół po halach i dziwacznych wrzosowiskach, przekraczając kolejne strumienie i doliny. W jedną stronę widok na łańcuszek szczytów otaczających krater, z drugiej kilometry niżej równina północnej i środkowej Ugandy. W końcu weszliśmy do lasu deszczowego z wielkimi drzewami i olbrzymią ilością lian. Widzieliśmy różne dziwne ptaki, mchy i porosty na drzewach, paprocie i kolorowe kwiaty. Na nocleg dotarliśmy do groty Tutum. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele, więc przeżyliśmy szok!

W wiosce u podnóża Mt. Elgon

     Grota Tutum to olbrzymia jaskinia. Komora wstępna ma może 50 × 80 metrów, wysoka na kilka metrów, w środku biwak, a wejście częściowo zasłania spadający z góry wodospad. Rozbija się więc namiot za wodospadem w wielkiej jaskini. Przed jaskinią jest gęsty, nieprzebyty las deszczowy, oprócz nas tylko jeden turysta z namiotem, a do najbliższych innych ludzi kilkanaście kilometrów i niemal tysiąc metrów zejścia przez nieprzebyty, gęsty las cały tętniący życiem. Mało tego, jaskinia to dalej wąskie przejście do kolejnej wielkiej sali, i dalej jeszcze kolejnej, a tam tysiące, tysiące nietoperzy. Weszliśmy z latarkami, a tam nietoperze wydają niezwykłe dźwięki, latają nad głową, gdzie nie spojrzeć setki czerwonych oczu. A jak się błyśnie lampą błyskową, to cała jaskinia to tysiące święcących się oczu! Coś niesamowitego!

     Nietoperze ok. 19-tej zaczęły przemieszczać się do wejściowej sali jaskini, i po trochu wylatywać w las. Od 20-tej już była w jaskini cisza, nie było nietoperzy. Potem miedzy piątą a szóstą rano znów zrobił się wielki rwetes, jak tysiące nietoperzy wisiało sobie z sufitu i opowiadały o nocnych łowach. Później wszystkie przemieściły się w głąb jaskini, aby uniknąć promieni słońca.
Wodospad na rzece Sipi
Weszliśmy jeszcze raz rano do wnętrza ich komnaty, aby ponownie posłuchać i popatrzeć, jak spędzają dzień. Zrobić jeszcze kilka zdjęć tysięcy świecących oczu.

     Kolejnego dnia zeszliśmy na dół, do wioski Sipi. Ostatnie dwie godziny znów schodziliśmy wśród wiosek z pięknymi okrągłymi, afrykańskimi chatami. Nasz przewodnik i tragarz byli z innego plemienia, więc nie można było porozumieć się z mieszkańcami. W wiosce Sipi jest wodospad, opisywany jako najbardziej romantyczny wodospad w Afryce. Kilkudziesięciometrowy wodospad spada pionowo ze skalnej przewieszki wśród pięknej tropikalnej roślinności. Wszystkie skały są w kolorze czerwonym i wszystko wspaniale wygląda w promieniach popołudniowego słońca. Nocowaliśmy tu w bambusowym domku na wzgórzu z widokiem na wodospad i szczyty Mt Elgon z jednej strony, a afrykańskie równiny z zachodzącym słońcem z drugiej.

W parku narodowym Lake Mburo

     Następnego dnia powróciliśmy najpierw na pace ciężarówki, później matatu i w końcu autobusem do Kampali.

     Ze stolicy udaliśmy się przeładowanym matatu, czyli mikrobusem na 14 osób, w którym zmieściło się 20 osób, 18 Murzynów i my we dwójkę, do Lake Mburo National Park. Jest to park sawannowy z olbrzymią liczbą zwierząt. Jadąc przez park do biwaku co kilkaset metrów napotykaliśmy kolejne zwierzęta (zebry, bawoły, guźce, antylopy eland, antylopy tipo, antylopy impala, pawiany i inne zwierzaki. Przez 2 noce spaliśmy w namiocie nad jeziorem, w którym całą dobę buszowały hipopotamy. Najciekawiej było wieczorem, gdy paliliśmy ognisko nad brzegiem, a hipcie zbierały się w kilka sztuk w wodzie niemal przy samym ognisku i też chciały uczestniczyć. Wydawały przy tym donośne pomruki, ziewały, albo nagle zaczynały się głośno pluskać. Gdy szliśmy spać, a ognisko gasło, one wychodziły na brzeg, jadły trawkę i tupały. To były dwie wspaniale nieprzespane noce.

U wejścia do Parku Narodowego Goryli Mgahinga

     W dzień wybraliśmy się na poranną i wieczorną wędrówkę po parku pieszo z uzbrojonym przewodnikiem. Pokazał nam przeróżne ptaki, a także hieny, i miejsca pełne zwierząt jak wodopój lub pokład soli. Z żalem opuszczaliśmy Lake Mburo National Park, lecz czekały na nas goryle.

     Ponownie przepełnionym matatu dojechaliśmy w góry Virunga. Tu na granicy Ugandy, Rwandy i Kongo jest kilka wulkanów pokrytych lasem deszczowym. W Ugandzie znajduje się Mgahinga Gorilla National Park, z 3 wulkanami o wysokości do 4200 m. W dolnej części wulkanów Virunga, tam gdzie jest las bambusowy, mieszka połowa spośród 600 górskich goryli, które żyją na świecie. Goryl górski jest najbardziej podobnym do człowieka zwierzęciem żyjącym na ziemi, choć to podobno szympans jest trochę inteligentniejszy.

     24 czerwca musieliśmy wstać rano i przed godz. 8.00 dotarliśmy motocyklami boda-boda do granic parku. Tu zebrała się grupa 6 turystów - tylko tylu dziennie jest dopuszczanych do oglądania goryli. Para z Nowej Zelandii i dwie Australijki oraz my,
Samica goryla górskiego
a poprowadziła nas grupa dwóch przewodników i 4 żołnierzy. Po 2 godzinach wędrówki przez las doszliśmy do miejsca, gdzie wczoraj były goryle. Potem ich śladami, obserwując odchody i nasłuchując, dotarliśmy do żerujących goryli. To rodzina, która składa się z 11 osobników, w tym 2 wielkie samce. Goryle wydają się znudzone turystami, którzy za nimi łażą po jarach i krzakach, wieszają się na lianach i starają się robić zdjęcia. Goryle zachowują się bardzo podobnie jak ludzie. Wydają rożne odgłosy, ale raczej ciche, drapią się, odpoczywają itd. Mają bardzo ludzkie spojrzenie, niemal można domyślać się, co o nas sobie myślą. Przewodnik jednak nakazał nam unikać kontaktu wzrokowego z dorosłymi samcami.

     Spotkanie z gorylami trwało tylko godzinę, taki jest limit czasu. Zrobiliśmy 3 filmy zdjęć, ale nie zdążyliśmy się w pełni nasycić i nacieszyć tym spotkaniem, gdy przewodnicy ogłosili koniec. Gdy wyszliśmy z lasu, znów trudno nam było uwierzyć, że te niezwykłe zwierzęta naprawdę tam żyją.



 KOMUNIKATY
Już wkrótce kilka kolejnych serwisów zapraszamy do ich odwiedzania. Twoja linia.pl
 
Serwisy linia

Kliknij tu,

żeby otworzyć okienko nawigacyjne do innych serwisów





Powrót na górę   © 2005 Usługi Komputerowe s.c. & Zbigniew Bochenek                     Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved